|
Змест
wiersze polskie — польскія вершы
W galerii
Nadzieja
Nocne ogrody
Odczuwanie wiosny
W swiatyni
Znak czasu
Spotkanie po latach
Zolte echo…
Przemijanie
Sluchanie ciszy
Wspomnienie o Matce
Do meza
Pozegnanie poetki
wiersze bialoruskie — беларускія вершы
Надзея
Пакідаю гоман
Бяссонне
Закаханы месяц
* (І хто ж гэтак нізка павесіў)
У садку
Вішня
Вясеннія роздумы
Люблю да болю…
Лета
Развітанне з летам
* (Дазволь на хвіліну забыцца)
Пасля дажджу
Прадвесне ’96
Вяснянка
Астры
Асенні трыпціх
Асенні сум
tlumaczenia — пераклады
З „Вясёлых смуткаў” Тадэуша Катарбінскага
Здзіўленне
Схіл веку
Смерць дрэва
poemat — паэмаНаш Парнас
opowiadania — апавяданні
Вясна
Сухое лета
Прыгода ў Бургасе
Цыган і салаўі
Смак жыцця
Шчадруха
poslowie — пасляслоўе
wiersze polskie — польскія вершыprof. Bazyli Bialokozowicz, Impulsy pamieci i tropy tozsamosci
wiersze białoruskie — беларускія вершыW galerii
W galerii sztuki
tłum niedzielny
przesuwa się między rzędami,
przy eksponatach napis srogi:
„Zabrania się dotykać rzeźb” (rękami).
I oto w sali widz niezwykły —
z ojcem dziewczynka niewidoma,
stają przed rzeźbą „Główka dziecka”
— ona zobaczyć chce — palcami.
Ojciec ukradkiem (zabronione!)
unosi ją by dotknąć mogła
czułymi rąk strunami —
poczem kształt zamienić w obraz,
i umieścić go pod powiekami
zamkniętymi jak bramy nieba.
Nadzieja
Trawką samotną
W gęstej murawie
Czasem z radością,
A czasem z żalem
Tkwię tak uparcie.
Wiatry mną chwieją,
Czekam na słońce
I mam nadzieję.
Lecz zanim słońce
Mroki rozproszy,
Może mi rosa
Wypłukać oczy.
Nocne ogrody
Ogrodem moich marzeń
Jest noc bezsenna.
W pokoju nie ma ścian,
Wychodzę na spotkanie zdarzeń.
Wiem, co pozostało za mną,
Nie wiem, co przede mną —
na przemian:
cisza, krzyk, niepewność.
.......................................
W nocnych ogrodach
kwitną moje kwiaty
srebrzone blaskiem księżyca.
Odczuwanie wiosny
Niewidomej poetce Krystynie K.
Ja nie widzę,
Ja czuję — na czoło i ręce
Siada promyk słońca
i przypieka placki rumieńców.
Ja słyszę —
Na drzewie
Wygłaskanym przeze mnie
Wróble wiosenne wiodą swary.
A propos — mówię:
Wróbel jest szary.
Co jest jeszcze szare?
Wiosna jest zielona.
Co jest jeszcze zielone?
Mówiła mi moja
niewidząca siostra,
że śniła kiedyś
kolorową wiosnę.
— Obok mnie kolorowa
nie przechodziła.
Może mi się kiedyś śniła?
— Nie pamiętam.
Czekać będę na nią do końca.
Każdego roku na jej przywitanie
Wystawiam twarz do słońca.
W świątyni
Na ikonie Rublowa
Smutny Święty
... Serce ściśnięte bólem
I duszę zbłąkaną
przed Nim otwieram
przekazuję swoje ziemskie troski
On nieziemski
prośby moje przyjmuje
I pośredniczy między mną
a łaską Boską
Ośmielam się spojrzeć
W twarz Świętego —
On, taki nieszczęśliwy ...
— Bądź dla nas obojga łaskaw
Boże nasz Wielki, Miłościwy
Znak czasu
Kiedy Święty Mikołaj
zaczął chodzić po prośbie
a Matka Boska podarła koszulę
na pieluszki
w Ziemi Wybranej przez Boga
budowano świątynie
wielkie jak góra Ararat.
(Był to znak czasu.)
Szukałam miejsca
żeby się pomodlić w skupieniu
daremnie, wszystko zajęte.
Poczekam, aż przyjdzie Chrystus
i przepędzi przekupniów
ze Świątyń Dumania.
Spotkanie po latach
Przy tobie na chwilę zapomnę,
Że lato minęło i jesień otwiera mi wrota,
Z dotyku twych rąk znów odgadnę,
Jak dawniej nieśmiałą pieszczotę.
Aleją jesienną pod wieczór,
Pójdziemy, jak kiedyś bywało,
Będziemy się sprawdzać ukradkiem
Co z dawnych lat w nas pozostało.
Twarze zmienione, krok ciężki
I myśli gdzieś błądzą w oddali.
Choć w sercu zatliły się iskry,
Płomienia nie zdołasz rozpalić.
Żółte echo…
Roześmiała się żółtym echem forsycja
W betonowym wąwozie Łazienkowskiej Trasy.
Kiedy mnie już nie będzie, niechaj ona
Krasuje się po wsze czasy.
Dla kogo ten śmiech wtedy?
Dla kogo ta żółtość radosna?
Jeżeli mnie już nie będzie,
Czyja to będzie wiosna...
Czy trawa będzie zielona?
Czy krople na liściach srebrzyste?
Czy będzie gdzieś jeszcze na Ziemi
Woda, powietrze czyste...
Czy gdzieś chociaż echem zielonym
Odezwie się moje istnienie,
Czy ktoś pośród moich przyjaciół
Poświęci mi chwilę wspomnienia?
Śmiej się forsycjo dowoli
Dopóki jeszcze do śmiechu,
Może i z ciebie zostanie
Tylko żółte echo.
Przemijanie
Minęło jeszcze jedno lato,
— sentymentalne rozważanie —
Na pocieszenie mi zostaje
takie kobiece rymowanie.
Upłynął dzień, zniknęła chwilka,
Więcej się nigdy nie powtórzy
I smutno mi, że coraz bliżej
Do końca ziemskiej mej podróży.
Letnich wieczorów i poranków
Daruj mi jeszcze trochę, Panie,
Mądrość natury jest zaklęta
W nieubłaganym przemijaniu.
Słuchanie ciszy
Czy chcesz posłuchać ze mną ciszy,
co srebrnym dzwonkiem w uszach dzwoni?
Nad miastem blady księżyc wisi,
po niebie chmura chmurę goni.
Dwanaście razy bim-bam dzwoni
nasz wysłużony zegar stary,
stoimy milcząc na balkonie
i taka cisza — nie do wiary!
Umilkło miasto, a za rogiem
czai się strach, a może złodziej?
Przez pustą już uliczną drogę
majestatycznie kot przechodzi.
Pytasz, co czuję mianowicie,
patrząc jak światło igra z cieniem
— światła i cienie? tak jak w życiu —
na przemian: radość i cierpienie.
Wspomnienie o Matce
Mamo, Nino,
wspominam często twe ładne imię
gdzieś z Gruzji rodem,
zmęczone ręce, smutek spojrzenia
i złą pogodę.
W twym trudnym życiu
dobrej pogody niewiele było.
Bogactwem twoim łan lnu kwitnący
i żyto się kłosiło.
Wdowieństwem długim życie naznaczył
los twój surowy.
Dzielnie broniłaś od wszelkich nieszczęść
cztery sieroce głowy.
A kiedy z ziemi zielonej odeszłaś
tam, dokąd wszystkim iść trzeba,
Wierzę głęboko, w tę noc majową
sam Bóg uchylił ci nieba.
Do męża
Dni coraz krótsze, szare, smutne,
zbutwiałe liście pod stopami,
nikt nie przyjeżdza do nas w gości,
widzisz mój drogi — znów my sami.
Ostatnie jabłka na jabłoni
proszą by o nich pamiętano,
może przejdziemy się polami,
gdzie oziminy już zasiano?
Czas już pożegnać Białowieżę,
pora powrócić do Warszawy.
Gdzieś w głębi serca mocno wierzę,
że zimę razem znów przetrwamy.
A kiedy słońce zbudzi ziemię
podwórze znów się zazieleni,
spytam — w twe tuląc się ramiona:
do Białowieży pojedziemy?
Znany mi z dawna błysk w twych oczach,
figlarny uśmiech, słowo — zgoda!
Wieczorem razem wysłuchamy
komunikatu, że pogoda...
Lecz cóż pogoda? Wszak to wiosna!
Słońce czy deszcz — wszystko miłe.
Oby tych wiosen w Białowieży
jeszcze się wiele nam zdarzyło.październik 1996 r.
Pamięci Agnieszki Osieckiej
Agnieszkę żegnał śnieg marcowy
jak kaprys wiosny.
Nagie i smutne stały drzewa
i prószył puch przedwiośnia.
Po ziemi lekkim krokiem szła
z bagażem rymów
zieloną wiosną, latem też,
jesienią, zimą.
Okularnicy za nią szli
chuchając w dłonie,
Małgośka lała gorzkie łzy,
że znów ktoś odszedł od niej.
A na jeziorach biała łódź
niby dziewczyna rzewna
kołysze się i w tył, i w przód,
kogoś drogiego żegna.
Swój wielki odtańczyła bal,
na którym każdy bywa.
Lecz, cóż — i z balu trzeba wyjść,
Kiedy już Charon wzywa.
Przyjaciół mnóstwo, gapiów też
i taki krzyk milczenia!
Każdy coś myślał i coś czuł —
do usłyszenia Agnieszko...
w piosenkach
do usłyszenia.
tłumaczenia — перакладыНадзея
Дождж заліваў
палеткі і сады,
патрэсканымі вуснамі
зямля глытала воды.
А на галінцы калыхаўся
мокры шпак,
цярпліва ён
чакаў пагоды.
Ну, як жа тут
пароўну шчасцем абдзяліць?
Не цяжка ў гэтым
нават Небу памыліцца —
калі адны хацелі б ваду піць —
другім гарачы прамень
сонца сніцца.
Аднак жа ўсё мінае на зямлі,
і кожнай з’яве
час назначыў хтосьці.
Няхай жа не сумуе
мокры шпак —
і да яго загляне
сонца ў госці.
Пакідаю гоман
Пакідаю гоман і шум,
канферэнцыі і сходы,
уцякаю ад гэтага я
на зялёнае ўлонне прыроды.
А прырода гэтай вясной
бушуе як ніколі,
травы ў пояс узраслі,
зашумела ўсё ў наваколлі.
Дзень, мо два па палях пахаджу,
дакрануся рукамі да жыта
і бярозе свой сум раскажу
і вярнуся з душою разбітай.
Канферэнцыі, гоман і шум,
многа слоў, што мяне не кранаюць.
Целам тут неабходна мне быць,
а душою ў палі я ўцякаю.
Бяссонне
Восенню ранняй бываюць
крыштальныя дзіўныя ночы,
па дню працавітым лягаеш,
не спіцца — не плюшчацца вочы.
Па небе коціцца месяц
даспелым такім памідорам,
на сценцы ў пакоі павесіў
сатканыя срэбрам узоры.
Далёка мой горад сягоння,
аб ім не сумую — ані,
у сонцам нагрэтых далонях
апошнія летнія дні.
А месяц праменні цярушыць
на белую просціны гладзь
і падаюць спелыя грушы —
ці ж можна ў такую ноч спаць?
Закаханы месяц
Ледзь-ледзь прыкметны
месяц-маладзік
гуляе з хмаркай сінявокай,
то выплыве паверх яе,
то адвярнецца круглым бокам.
Здалёк ёй заглядае ў вочы,
кліча на млечную дарогу.
Яна ману яго прарочыць —
чуе няўмольную трывогу.
І мілы ёй яго залёты
ліпнёвай ночкай неглыбокай,
яна какетлівая надта,
з яго не зводзіць свайго зроку.
І будуць так ганяцца шпарка,
пакуль не разлучыць сонца іх
і сорам заружовіць хмарку
і знікне дзесь вясёлы маладзік.
*
І хто ж гэтак нізка павесіў
Месяц над стрэхаю хаты?..
Шэпчуцца лісці таполі:
— За комін чапіў ён, рагаты!
А ў хаце дзяўчыне не спіцца —
У садок адчыніла акно.
Усё сэрца чагосьці баіцца,
Кагосьці чакае яно.
Ёй шэпчуць старыя таполі:
— Чаму не кладзешся ты спаць?
Бач, месяц за комін схаваўся,
Мо ў хованкі хоча гуляць?
У садку
Яблыні...
Старыя яблыні, бы дзве сястры-старэчы.
Яны тут сведкі ўсіх падзей бацькоўскага двара.
Цвітуць ужо так скупа
і, дарэчы, суседзі кажуць:
— Зрэзаць іх пара.
І мне шкада іх, як расстацца з імі?
Яны як цёткі родныя, мяне вітаюць кожнаювясной.
Нашто пілою скарачаць жыццё ім?
— Канец ужо не за гарамі
іх...
і мой.
Вішня
Вішанька родная ў белым адзенні,
Маладухай сёння стала ты,
Пчолкі-дружкі наўкола танцуюць;
Забучэлі нат два чмялі.
Бачу, вяселле гучна спраўляеш —
Ветрык йграе вясельны марш;
Неўзабаве ужо й зацяжарыш,
У добры час, у добры час!
Летняй раніцай нальюцца
Спелай чырванню твае плады.
З жоўтым гліняным збанам
Прыйду да цябе тады.
Вясеннія роздумы
Было калісь —
І ўжо не вернецца...
А вецер гоніць цёплую вясну,
Няўжо ўсё роўна, дзе ўкарэнішся,
Усё роўна, дзе жыву я, дзе памру?
А мо не так...
Ці тою ж я дарогай
Пайшла шукаць жыццё-быццё?
Свайго я раздала даволі многа —
Узамен хацела шчырасць-ласку ўзяць —
Бы неразумнае дзіцё.
Таго не раздаюць
ў наш век імклівы.
Разумныя грабуць усё —
шчаслівыя,
Калі накопяць
Паверх сябе.
Няхай і так —
Ім не адчуць,
Што ўжо вясняны вецер
Прынёс з палёў сырое пах
зямлі
І дзесь ў далёкай вёсцы дзеці
Па лужынах пускаюць
лодкі-караблі.
Над Нараўкаю лотаць зацвіла
Так жоўта-жоўта —
Хоць ты з яе яешні напячы.
Мне не ўсё роўна, дзе жыву я,
Дзе ў неабудны адыду спачын.
Люблю да болю…
Люблю да болю зелень маладую,
Ірдзенне жоўтых зорак у траве.
Ступнямі босымі ў зямлі ўбіраю сілу,
Хай жыватворна трункам бурліць у галаве.
Як кожнаю вясной, няведамая сіла
Мяне прагнала з гарадскіх палат,
Каб тут, у бацькоўскіх палетках,
душою адпачыла
І зразумела, што да шчасця трэба так няшмат.
Вось верабей спусціўся з неба,
Чырыканнем вясёлым вітаецца са мною,
У адказ частую яго крошкай хлеба,
Старыя яблыні паю сцюдзёнай вадою.
Сусед стары, бацькоў маіх равеснік,
Увайшоў у двор, у вокны заглядае:
— Ізноў прыехала, вось добра! —
І пра жыццё у горадзе пытае.
Няма ўжо бацькоў, але з пашанай
Стараюся захоўваць іх сляды.
Здаецца мне, што дзесь зза свету нават,
Яны ўсцерагуць нас ад бяды.
Люблю да болю зелень маладую,
Ірдзенне жоўтых кветак у траве,
Вясну на бацькаўшчыне ўсім сэрцам чую,
Здаецца — маладосць шуміць зноў у галаве.
Лета
Цвіце высокая тавула — лек на рэўматызм.
Бліжэй, на поплаве — крываўнік белы.
Авёс зялёны штосьці шапаціць
І цешыцца, што ўсё яшчэ няспелы.
Пакуль касілка ўкоціцца сюды,
Закопціць дымам на палетку,
Пацешыцца кароценькім жыццём
Паспее ўсё, што нарадзілася улетку:
— Зялёны конік — страказа,
Кузачка ў кропкі, жоўты матылёк,
Чарвяк у палоскі з рожкамі двума
І чмель, што ўбачыўшы мяне,
Ад сполаху замоўк.
А колькі красак у траве!
Назваць імёнаў іх, на жаль, не ўмею;
Ледзь вочы павярнула ўбок,
А там загоны жыта спеюць.
Зачараваная стаю і думка ў галаве —
Шкада, што хутка праміне ўсё гэта.
Нідзе так, як у полі і ў траве,
Не ўбачыш, як бушуе лета.
Развітанне з летам
Прыліпшы да акна ў вагоне,
Співаю зрокам сум палёў,
Лета ляжыць ужо ў адхоне.
Калі памерла? Хто ізноў
Паспеў нацешыцца ім ўдосталь,
Каму ласкавае было? Ах, лета!
Пачакай хвіліну —
Чаму так хутка працвіло!
Цягнік маланкаю імчыцца
— лета дагнаць? Магчыма толькі ў сне.
Цягнік жыцця, ты не спяшайся,
Нешта належыцца і мне!
Яшчэ чакаю прагна шчасця,
Яшчэ не выпіла да дна
Лёсам налітага мне ў чарку
Горка-салодкага віна.
*
Дазволь на хвіліну забыцца,
Што восень стаіць ля варот.
Няхай у галаве закружыцца
Ад патаемных пяшчот.
Хай разам сплятаюцца рукі,
Шуршыць пад нагамі лісцё;
Маўчанне маё ёсць парукай —
З табою пайду праз жыццё.
Восень хутка стране пазалоту,
Прыйдуць імглістыя дні —
Паселіцца ў сэрцы журбота,
Тады гэты дзень спамяні.
Пасля дажджу
Прайшоў вясновы дождж —
зямля сапрэла...
А на галінках бэзу
алмазная раса.
Ліловаю алеяю іду я
і дзякую Тварцу
— такая тут краса!
І хочацца спыніць хвілінку
і пядзяліцца з кімсьці блізкім
па душы
адною, мокраю, духмянаю галінкай —
побач мяне прайшоў
на жаль — чужы.
Прадвесне ’96
На поўнач адляцелі
чорныя вароны,
канец сакавіка — зіма за намі.
Па вуліцах сталіцы
працягваюць рукі
дзеці з бліскучымі вачамі.
А побач жабракоў і хворых,
што на лякарства міласціну просяць,
крычаць нахабныя рэкламы
і гандляры ліхі тавар разносяць.
На скрыжаванні у вядры зялёным
стаяць чырвоныя цюльпаны,
жанчына з тварам хваравітым
просціь: — Купіце, калі ласка, пані...
— Яны тут наляцелі як вароны! —
паказваючы жабракоў усклікнуў дабрадзей,
— але, вароны адляцелі —
а ім куды?
Бяду ў горадзе скрываць лягчэй.
Вяснянка
„Кросны даткала,
хату пабяліла,
вясну прыгукала,
па хвораст схадзіла”.
Так калісь спявала
песню-вяснянку
мая бабулька
— нібы калыханку.
Цяпер не трэба
па хвораст хадзіці,
няма тае хаты,
каб яе бяліці.
Непатрэбны кросны,
ужо не ткуць самі.
Усё, што ім патрэбна,
купляюць у краме.
Ужо ніхто не ставіць
жорнаў у сенях.
Дзе што асталося,
пазбіраў Майсеня.
Памяць аб народзе,
аб умовах быту,
у немых экспанатах
у музей закрыта.
Астры
Белыя, ружовыя, ліловыя
глядзелі сумна жоўтым вокам,
стаялі па калені у вадзе,
затоплены ў пластмасавым вядры глыбокім.
Відаць, што сёння ноччу толькі расцвілі
і марылі аб сонцы і пагодзе.
На досвітку сарваў іх хтось —
вось так сабе, збіраючы плады ў гародзе:
„Паміж галоў капусты і гуркоў
— цана на іх цяпер высока —
пойдуць і астры — грош ізноў,
прывабяць мо чыесьці вока...”
А мне шкада іх, у грудзях боль.
Чаму жылі яны так мала?
Яны ў вядры — бо ўсё таварам сёння стала...
Асенні трыпціх
Стала восень пад плотам,
Ногі падгаліла,
І кажа, што лета
Яшчэ не забыла.
Успомнілася промнем
Вераснёвага сонца
І бабіна лета
Запляло ваконца.
*
Грыбамі лес прапах —
Кастрычнік —
Яго пара з палітрай фарбаў
Лес абходзіць,
Дзе маляваць, дзе пахам зводзіць,
То напяваць асеннія напевы.
Як сумна мне, што гэтак мала
Узяла я ад вясны і лета,
Што мне было падаравана,
Мінула песняю прапетай.
*
Пакуль апошні ліст з бярозы
Сарве пануры лістапад,
Няхай не муцяць вачэй слёзы,
Вясна шчэ вернецца назад.
То нам з табою не вярнуцца
У май жыцця і белы сад,
Ідзем паспешна і трывожна
У наш жыццёвы лістапад.
Асенні сум
Сумуе асенні садок:
— так доўга чакаць вясны!
Галлё пад цяжарам пладоў
звісае да самай зямлі.
Стары гаспадар занямог
і яблык яму ўжо не ў смак.
Сабраць ураджаю не змог,
— асыплецца ўсенька і так.
А можа затужыць дачка
аб бацьку-старэчы сваім?
Прыедзе на дзень або два
і зробіць парадак ва ўсім.
І будуць чакаць вясны
садок і стары чалавек.
Сніцца ім будуць вясеннія сны
І так дажывуць разам век.
poemat — паэмаЗ „Вясёлых смуткаў” Тадэуша Катарбінскага
(выбар і пераклад)— Глядзі, як мучуся, — скрэндзілаЕва да Адама, —
Каб звіць з лісця для нас абаіх адзенне.
Той жа гультай ляжаў, злажыўшы рукі,
Ажно прыдумаў ёй іголку ў задуменні.
*
Такая цішыня... тут затрымаўся часна адпачынак.
Нічога не змяняецца, плыве вялікі воблак сіні.
Спакой, вястун неіснавання,
Застыў маўкліва ў шкляным павуцінні.
*
Калі ў хаце радасць — весяліся,а калі госцем смутак —
Шукай ў сваім нутры вясёлкавай крыніцы!
Няхай весялосць над журботаю пануе,
Быццам святло ад сонца над цямніцай.
*
Не працягвай рук па вялікае, мой чалавечак.
Сягай па тое, што табе магчыма.
„Разумным быць” — высокія ўзлёты.
Хопіць, калі пазбудзешся дурноты.
*
Для тых, што скардзяцца на часу недахоп,
Магу я з вопыту свайго метад прывесці:
Да ўсіх сваіх заданняў і клапот
Дадай яшчэ адно — і час знойдзецца дзесьці.
*
Як сабе хочаш, абстракты улічай,
Канкрэтаў сцеражыся! Бывае з імі дрэнна...
Адзін і адзін — быццам заўсёды два,
Адзін ды адна?.. Выходзіць: тры! — несумненна.
*
Прыйшла пара ўжо на старэчу,
Ў пасцель ўтуляецца усё часцей-часцей,
Што дзеецца вакол яго на свеце —
Яму ўжо з кожным днём усё раўней-раўней.
*
Аслеп Пятро, аглух ўжо Павел. Ці можаштут акрэсліць,
Каму з іх лепшы лёс дастаўся?..
Здаецца, лепш таму, што ў старасці не бачыцьмін варожых,
А мо таму, хто не пачуе слоў крыўдных,непрыгожых...
*
Смейся ў кампаніі, цярпі ў адзіноце,
Калі ў грудзі нажом няшчасце ўлезе,
Нясі сваю бяду самотна,
Быццам заяц, падстрэлены ў лесе.
*
Сярод галоў разумных з’явілася патрэба,
Каб пекла замяніць у неба.
Аднак жа хутка ахвота тая аслабла,
Таму што гэтай працай заняліся д’яблы.
Здзіўленне
Чаму ў занадта адной асобе?
Гэтай, а не іншай. І што тут раблю?
У дзень што ёсць аўторкам? У доме не гняздзе?
У скуры не ў лусцы? З тварам не лісцем?
Чаму толькі раз асабіста?
Іменна на зямлі? Пры малой зорцы?
Пасля доўгай непрысутнасці?
За ўсе часы і ўсе водарасці?
Якраз цяпер? Да крыві і косці?
Сама ў сабе з сабою? Чаму
не побач, ані сто міль адсюль,
не ўчора, ані сто гадоў таму
сяджу і гляджу ў цёмны кут
— таксама як з паднятым уверх ілбом
глядзіць бурклівае, што завецца псом.
Схіл веку
Меў быць лепшы ад мінулага наш ХХ век.
Даказаць гэтага ўжо не паспее,
гады ў яго палічаныя,
крок хісткі,
дыханне кароткае.
Ужо надта многа здарылася,
што здарыцца не павінна,
а тое, што мела надысці,
не надышло.
Мела набліжацца к вясне
і шчасцю, між іншым.
Страх меў пакінуць горы і даліны.
Праўда хутчэй ад хлусні
мела дабягаць да мэты.
Некалькі няшчасцяў мела
не здарыцца ўжо.
Напрыклад вайна
і голад і гэтак далей.
У пашане мела быць
безабароннасць безабаронных
даверанасць і тым падобнае.
Хто хацеў цешыцца светам
той стаў перад невыканальным заданнем.
Дурнота не смешная.
Мудрасць не вясёлая.
Надзея
гэта ўжо не тая маладая дзяўчына
et cetera, на жаль.
Бог меў урэшце паверыць у чалавека
добрага і моцнага,
але добры і моцны
гэта ўсё яшчэ дзве асобы.
Як жыць — спытаў мяне нехта ў лісце,
каму я хацела паставіць такое самае пытанне.
Ізноў так як заўсёды
што вышэй згадана
няма пытанняў пільнейшых
ад пытанняў наіўных.
Смерць дрэва
Сарваўся ўраган. Узляцела дрэва
вялікім начным птахам.
Крылом за неба зачапіла,
звалілася. Лежачы яшчэ шумела.
Як цяжка было дрэву
закаранеламу ў зямлі глыбока
вырвацца і дасягнуць зорак ілбом.
Спалоханае, кожным лістком
траслося і ў ляку біла паветра.
Сціснутай далонню карэння ўдарыла
у непрыкметны бераг пекла.
Памерла не зразу.
Павольна стылі сокі дрэва,
дранцвелі галіны і слаі
пад музыку ўсіх дажджоў.
Умірала доўга,
Пакуль заціхла на вякі.
opowiadania — апавяданні
Наш Парнас
Колькі гадоў таму назад
на першы ўскрылены нарад
сышліся нашы хлопцы —
Ян, Яша, Віктар, Юрка і Сакрат.
Юрку (яшчэ не З.) у аглоблі:
цягні наш воз, дык ты з Зубровіі.
І сыпаць пачалі гару —
з лагодным скатам,
не цяжка каб было узлезці
ў завоблачную высь.
Вядома, умарыліся,
дык не адзіным хлебам...
(ну, прыказкі канчаць не трэба).
І вось стаіць Гара!
Мо яшчэ і не Парнас,
але даступная для нас.
I
З гары відаць, ды В. Швед з Мора
выйшаў на бацькаўскі парог,
вяскоўцам вершы свае дорыць —
у іх слёзы з пройдзеных дарог.
Усё было — сцюжы і лета —
ажно узніклі „Трыялеты”.
Адзін разок глянуў у вочы —
няма спакою ўдзень і ўночы.
У Маскву падаўся (з таго гора),
у неабдымны рускі горад.
За справай выехаў нібыта,
првыёз адтуль „Маскоўскі сшытак”.
Ці ёсць у нас яму хто роўны
па думках, песнях, дабырні?
Яго і стаўлю — паслядоўна —
на самай верхняй вышыні.
II
Тым часам на вярху рассеўся
спадар уладны з Бандароў,
з аселіцы цыбатых феяў —
многа пяшчот, чуллівых слоў.
Каханне, боль, пейзаж зялёны,
высакавольтным слупам смерць —
і вернісаж гатоў ягоны,
Парнас здаўна яму знаёмы,
дык ад калыскі ўжо паэт:
ён нат тады да ног дзявочых
па пожні поўз на тэт-а-тэт.
Касец таксама адмысловы:
ранкам над Нарвай сена косіць,
у поўдзень — студэнтаў на Смычковай.
Пегас яго на крылах носіць —
сёння ў Варшаве, заўтра ў ЗША...
Дзе з кім начуе — ціха, ша!
Гады бягуць, а дынамічны,
б’ецца ў яго шчэ пульс лірычны;
сабраў фальклору мо дзве скрыні,
і час ад часу прыадчыніць,
прыпомніць, як калісь было
і ўжо з вадою адплыло.
Або прысядзе на мяжы,
глядзіць уважна, не кажы,
дакладна хоча прасачыць,
ад чаго бегчы, куды плыць.
Няхай нікому не здаецца,
што выстраляўся наш паэт —
чым ён яшчэ нам адгукнецца
і які выкіне сюжэт?
III
Усё шліфаваў чужыя думкі,
свае адкладваў на зручны час,
ажно сказалі сябру Юрку:
— Кідайце гэты тарантас,
пакоціцца нейк і без вас!
Займіцеся складаннем вершаў
(вы ж пачынальнік першы з першых),
і на Парнасе не каб лішні,
там усё яшчэ не надта цесна,
для вас браніраванае там месца,
а ў Белавежы цвітуць вішні.
Дый каб наступніку было ямчэй,
раю сысці з вачэй.
IV
З літаратурай як панібрат
жыве Сакрат.
Куды ні глянь, кажу сур’ёзна,
слава ў Сакрата грандыёзна.
Нават на Оксфард-стрыт
ён і пісьменнік і пііт.
У Скарынінцы,
бы ў місцы кашу,
варочае гісторыю нашу.
І што знаходзіць? Род!
Яновічы — з Завосся,
Яновічам жылося!
А выдвараны кім?
Пярэкрутам ліхім,
што з Міцькі „ічам” стаў.
Ой, даў ён роду, даў —
у Крынкі перагнаў.
Сакраце, хопіць драм,
ты й без Завосся
наш Адам.
„Загоны” на Парнасе ўзараў
і Скроўбу выцягнуў зза свету,
„Сакрацікамі” выслаў нашу Лету
(пакуль не бачу лепшага ўзору).
V
Чакай, чакай — гукае паэт: — Іду!
„За сабою дзве душы валаку”.
Задуменна ў „Святую студню” глядзіць,
Неспакой у душы пасяліўся, сядзіць,
Чорнай кошкай за грудзі дзярэ:
— Ой, людзі, людзі! Не сакрэт —
„Нікому не патрэбны ў горадзе паэт”.
Душа маленькай птушкай уцякае ў вёску,
там вырай — „у вёсцы восень ставіць кросны”.
Цудоўна на душы, дзівосна.
Які ўсё ж свет харошы!
Тут акадэмія і грошы,
а ў вёсцы штовечар госці...
І так жыве, разбіты, лірычны,
напаўвясковы, напаўсталічны
напаўарол і напаўграк.
Хто гэта? Не скажу і так.
Можа згадае хто — пабачу,
а можа хто і насабачыць:
— Як гэта смела Веліч зачапіць?!
Калі так думаеш, паэт, прабач!
(Шчыра гучыць?)
Я болей ужо ніколі — даю слова —
мабыць асмеліла мяне перабудова.
VI
Падняўся на ўзгорак наш Міхась.
Ужо восень! О, зноў чамусьці ападае.
— На жаль, я чалавек! — крычыць.
— Больш на магу...
І тут валошку сінюю
да сэрца прытуляе.
Кажа: — У жыцці „Кантрасты” неабходныя,
няхай сядае кожны там,
дзе месца больш выгоднае.
VII
О, бачу на гары двух Гайдукоў!
Адзін — удзельны князь гісторыкам завецца,
другі — у зямлі грабецца.
Першы з Рагвалодаўнай Рагнедай водзіць рэй,
княгіню Ефрасінню паважае,
словам, вякоў сакрэты адкрывае.
А там! О, што за блытаніна,што за супярэчнасць!
Дзе праўда? Хто святы, хто грэшны?
З гісторыкам, адзіным зрэшты,
ніхто пакуль спрачацца не бярэцца.
Шкада!
А як каму і засвярбіць язык — ну і што!
Хто ён такі? Адзін — не воін у полі.
Чужыя вырашалі нашу долю.
Пара і нам з Міколам развітацца,
шануйма яго час, ён у зоркі заглядае,
з егіпецкага сонніка чытае —
хто ведае, што там напісана пра нас.
VIII
Другі Гайдук? Ён з бараною ў полі
Пад жаўрука спявае песні волі,
з „Ракіты” кошык выплятае,
туды ўсе думкі-мары ўкладае.
І так жыццё-быццё праводзіць
з прыродай роднаю ў згодзе
ў сваім Тарнопалі.
Такі паэт Валодзя.
IX
Цішком, без шуму гарадскога,
узабраўся на гару Васіль.
Цярністая вяла дарога
яго на „белавежскі” шпіль.
У тым, што піша, не лірычны,
аднак — хто запярэчыць мне? —
у калючай пожні аўтэнтычна.
Аналіз плыткі?
Не-не! Тут роля не мая.
„Пожню” ацэняць крытыкі,
не я.
X
Вось ля падножжа сядзяць тыя,
што часам пагартаюць творы:
„Зялёную паэму” хваляць, Надзю ці Аўрору.
Здараеца, сам пан Жамойцін адгукнецца,
паахкае на ўсе лады
і змоўкне на гады.
За драбязу ён не бярэцца
(шкада, што крытыкай паважна не займецца).
А як аднесціся,
калі Туронак, доктар наш,
прыплюшчыць іранічна вока
і ледзь губамі варухне:
— Даволі твор глыбокі,
ну, нічога незвычайнага няма...
І зноў заляжа цішыня.
(Больш крытыкаў у нас няма).
XI
А ўжо заселена гара багата!
Узяліся тут адкульсь дзяўчаты:
Ірына, Зося, Міра, Ада —
таленавітая брыгада.
І ўсе чапляюцца наверх,
там Надзя спеліць верш:
„Ой, ляцелі гусі”
з Надзінага луга.
Па-над сівым Бугам.
Праляцелі гусі,
Аселі ў сталіцы,
сядзелі-сядзелі,
злоўленага промня
ўтрымаць не хацелі,
з „Роздумам” глыбокім
назад адляцелі.
ХІІ
Ах! Колькі ў нас яшчэ такіх,
што разбудзіліся ў жаданні,
каб тое, што ў душы ляжыць
і што схаванае было гадамі,
назваць па-свойму: хай ляціць
на наш Парнас, ужо ўласны!
Імёнаў гэтых не злічыць,
пра іх гісторыя маўчыць —
ды яны пішуць не для славы.
А колькі іх ужо пагасла...
Усе, што зачапіліся за плынь,
каго нясе яна, абняўшы сваёй сілай,
могуць сказаць: мы ўжо гісторыю стварылі,
ёсць ужо ў нас свае магілы,
дзе радасць і надзею пахавалі
(можа, нас чуе Юрка Г.? Можа,
нас Дзядзька Квас пахваліць?)
ХІІІ
Гару не зварухнуць —
яе ўпірае
карэспандэнтаў рой ужо немалы.
Пісаць ім і расці.
І што было б без гэтай мітусні?
XIV
І так прайшло гадоў нямала.
На „Ніве” ўсё штось даспявала,
калі быў ураджай, калі засуха...
Але не варта падаць духам:
мінулае ацэньваць можна так і сяк.
Мы не загінем шчэ,
я бачу, падрастае маладняк.
XV
Калі каго пакрыўдзіла —
каму дала замнога, каму замала,
каму, мо важнаму, нат месца тут не стала
(паперы брак і часу не хапала,
ды і адна пра ўсіх не праспяваеш),
прабач тады, стваральнік мілы мой,
прабач —
з пашанаю —
А. Анішэўская,
чытач.
Ганна ўжо дасаджвала градку фасолі ў агародзе на загуменні, перакідаючыся гутаркай з суседам-удаўцом, які таксама штось яшчэ сеяў у сябе, як пачуўся нейкі галоп за плотам. Яны паднялі галовы і правялі вачыма каня, пагнаўшага ў напрамку выгана.
— Ой, чый гэта, Васілю? Здаецца, з хамутом! Ці не панасіў каго?
— Коней у вёсцы на пальцах палічыш, а ў нашым канцы то і няма чаго сказаць, аж сумна, што хутка не пабачыш гэтага прыгожага стварэння.
— Але ўсё ж цікава, чый гэта конь так пагнаўся з вупражжу?
— Гэта будзе Паўлушаў, другога каштана ў нашым канцы няма.
Тут і сам Паўлуша следаваў подбегам за сваім канём, сварачыся ні то на каня, ні то на жонку, якая дэўсала за ім.
— Хадзі, Васілю, паможаш лавіць. Вось чамусьці здурэў і ўцёк з двара з вупражжу!
— Нікуды не пабяжыць, — сказаў Васіль, — ано на выган, там і зловіш.
— Не ведаю, ці так лёгка дасца ўзяць, штось надта неспакойны сёння. Можа яшчэ каго паклікаць? — задыхаўся Паўлуша, і дакінуў жонцы: — Ты ўжо хаця не валачыся, калі не ўдзержала, пусціла! Скажы Андрэю, няхай накосіць травы ў кошык ды ідзе на выган.
— То ж праўда, — азвалася Ганна, — можа і без цябе спаймаюць, куды ж ты з гэтымі нагамі, не паспееш за імі.
— Гэта ж я віноўна, — Паўліха выцерла пот з твару, — прывезлі з лесу галлё, сталі выгружаць, а мне кажуць: „Дзяржы Каштана, бо штось неспакойны сёння”. А ён мяне звалачыў па ўсім садку ды прыгуменні, чамусьці ано вушамі стрыг, травы і не скубнуў, ды як не рване, як не выкіне задам, і... пайшоў у адчыненыя вароты! А мелі яшчэ раз у лес ехаць. Вось бачыш, одур у галаву прыйшоў — старому каню!
А Каштан акружыў канец сяла і знаёмай яму дарогай прагнаўся праз поле, пераскочыў невысокую, пахілую агароджу з жэрдак, аб якую парваў цягнуўшыеся за ім павады, і затрымаўся на выгане. Далёка пад лесам пасвілася некалькі спутаных коней. Ды не яны яго зманілі.
Павярнуў ён галаву ў той бок, дзе некалькі гадзін назад, цягнуўшы з лесу нагружаны воз, убачыў маладую вішнёвую кабылку, якая, заіржэўшы, радасна перабегла дарогу і затрымалася ў альшынніку.
Каштан не бачыў яе цяпер, але, уцягнуўшы ў храпы пахучае вяснянае паветра, заіржээў коратка, прывабліва і чулліва наставіў вушы. У адказ пачуў візглівае іржанне доўгагрывай красуні і з капыта рушыў на яе голас.
Яна выбегла з лесу і гналася яму насустрач. Дабеглі да сябе і спыніліся. Вішня неспакойна падрыгвала ўсім корпусам. Каштан крануў яе лёгка ілбом, а пасля палажыў галаву на яе клубе і так стаялі нерухома.
У адчуванні поўнага шчасця, як гэта заўсёды і ў людзей бывае, перашкаджае штось малаважнае, дакучлівае. У яго гэта быў хамут на шыі, які пачаў абсоўвацца да вушэй.
Падняўшы галаву ад клуба сваёй жаданай, хацеў Каштан адкінуць той хамут назад, і тут убачыў, што ад дарогі набліжаецца немалая грамада людзей, сярод якіх пазнаў гаспадара.
Развеяўся ўвесь чар гэтай хвіліны!
Вішня гвалтоўна павярнулася і панеслася ўздоўж выгана, а Каштана, які не паспеў за даўганогай, маладой кабылкай, загналі ў загарадку. Не далі яму волі хамут ды і ўся вупраж, з якой уцёк з двара. Сумна аглянуўся за ўцякаючай Вішняй.
— А рыжая зараза ўцякла! — крыкнуў Іван, гаспадар Вішні. — Ужо трэці дзень ганяецца кругом вёскі, а на свой двор не ідзе! А я думаў, што разам з тваім і яе злаўлю!
— Я за сваім не валачыўся б, каб не вупраж, няхай бы яго ваўкі валачылі, але вось згубіць што, а тады вазьмі купі!
У загарадку ўвайшоў Андрэй з кошыкам свежанакошанай травы, у якой жоўценькімі зоркамі ірдзелі кветкі малачаю. Андрэй спакойным голасам клікаў Каштана, які так і не глянуў у яго бок. Тут жа за ім бег старэйшы гаспадар з бізуном у руках і лаянкай.
— Яму я рэбры палічу! Стаіць без работы, то і дурнота ў голаў прыходзіць.
— Стой, бацька, не крычы на яго і не замахвайся бізуном, — рашуча сказаў Андрэй і адсунуў бацьку рукой.
— А то чаму, бачыш, конскі адвакат знайшоўся!
— Ён невіноўны!
— Як гэта невіноўны?!
— Гэта віноўна вясна, ці ты не разумееш?
Бацька здзіўлена глянуў на сына і хваля злосці хлынула на яго. Ён закрычаў:
— Бачыш, сам сёння не начаваў дома, думае, што і каню гэта трэба! Уступаецца за ім!
Павел яшчэ крычаў і неяк бяссільна трос рукамі, нібы певень пераломанымі крыламі, і, пагразіўшы пальцам сыну і каню (я за вас вазьмуся!), выйшаў з загарадзі і накіраваўся ў вёску.
Андрэй пачакаў, пакуль не разышліся мужчыны, узяў за павады, пакляпаў Каштана па шыі і ветліва падміргнуў.
Ішлі побач да свайго двара, чалавек і конь, ап’янелыя ад вяснянага паху прэлай зямлі, свежай зелені, кветак і чагосьці яшчэ ніколі да канца не выказанага, што аднолькава ўплывае на ўсё жывое. Вясна...
Улетку саракавога года ва ўсходняй Беласточчыне дакучала доўгатрывалая суша. Пасля вясняных дажджоў, якія прайшлі ў канцы мая, амаль увесь чэрвень нават не капнула з неба. Гаспадары бедавалі, што благая трава, што жыта не расце ні ў салому, ні ў колас, а гаспадыні з жалем глядзелі на павялую гародніну і наракалі, што каровы з кожным днём даюць усё менш малака.
Жанчыны, вяртаючыся з поля з мяшкамі зелля, нібыта выпадкова збіраліся і раіліся. Старэйшыя суцяшалі: трэба пачакаць да Купалы — мо прамочыць. Але Купала, нібы жартуючы, пахмарыўся, пагрымеў і ўсё дзесьці разышлося над лесам.
У хаце Міхалёвай Аксені сабраліся неяк адвячоркам паважнейшыя гаспадыні і сталі прыпамінаць сухія гады ў мінулым.
— Калісь, бывала, закуплялі абедню ў царкве, — успомніла Олька.
— Гэтак ужо рабілі ў суседняй вёсцы, а дажджу ўсё няма, — заўважыла Зося, і пачала расказваць, што ў яе агародзе зямля, бы попел, а гарбузы паапускалі вушы, мусіць, ім ужо нічога не паможа, бурачэнне ляжыць покатам. Набраўшы духу, Зося цягнула б далей пра свой вялы агарод, але тут перабіла яе багатая гаспадыня:
— Што там гародніна! Трава не нарасла, жыта не наліваецца! Вось бяда! Сена не нарыхтуем! Як жа жывёлу перазімаваць будзе?!
— Паслухайце, дарагія, — загаварыла Аксеня, — мо вы гэтага і не ведаеце, але калісьці ў маёй вёсцы людзі дождж заклікалі...
Усе абярнуліся да Аксені і пачалі слухаць. А яна зрабіла маленькі перапынак, спляла рукі пад грудзьмі і працягвала:
— Даўней, калі здарылася сухое лета, старыя людзі ведалі супроць гэтага ўсялякія загаворы. У маёй вёсцы, калі я была яшчэ малою дзяўчынкай, памятаю, што ў адну ноч трэба было напрасці ды выткаць ручнік, а пасля абысці з ім усё поле да ўсходу сонца.
Аксеня змоўкла, а тады іншыя пачалі прыпамінаць штось з даўнейшых звычаяў. Аднак ніводная не памятала ніякай цырымоніі ад пачатку да канца. Згадзіліся тады на Аксеніну прапанову.
— Ну і што, Аксеня, памагло тады? — запытаў Сіман, узняўшы кусцістыя бровы.
— Няма чаго перасмейвацца, тут не звычайныя вячоркі, тут трэба павагі! — накінулася на яго заўсёды сур’ёзная Зося, немаладая ўжо ўдава з прадаўгаватым, сумным тварам.
Сіман апусціў бровы, засаромеўся. Але тут жа ўсміхнулася да яго невялічкая, вясёлая Надзя і клікнула:
— Сядзі ціха, ты бабскі кароль!
Сімана звалі „бабскім каралём” таму, што ён любіў прабываць сярод жанчын. Быў ён вясёлым песняром і казачнікам, а да таго яшчэ старым кавалерам, і ніяк не мог знайсці супольнай тэмы з мужчынамі. Сярод жанчын выклікаў ён заўсёды зацікаўленне, дзеля сваіх казак і небыліц. Спяваў на вячорках, калі яны пралі кужаль летам на лавачках перад хатамі або дзе ў садку, дзе збіралася моладзь. Таму і сённы ён прыйшоў сюды, хаця іншых мужчын не было.
Пагаварыўшы, жанчыны абмеркавалі, што збяруцца з пятніцы на суботу, каб паводле даўнейшага звычаю выткаць чароўны ручнік, які можа выклікаць так патрэбны дождж.
— Мо і я да чагось прыдамся? — спытаўся Сіман.
— Ой, прыдасіся, ды і не ты адзін. Трэба будзе прынесці сноўніцу, кросны, а пасля прайсці праз усе палеткі, гэта ж не ано жаночая справа!
Пачалі разыходзіцца, а Аксеня звярнулася з пытаннем: — Ці ўсе маеце кужаль? А мо ў каторай ужо няма, то ў мяне, у каморы, яшчэ павесмаў з дзесяць, сплеценых у касу, беленькага, вычасанага, бліскучага, бы ядвабнага, прыходзьце з калаўроткамі, будзе што прасці.
Паразыходзіліся гаспадыні, а кожная думала, што ў пятніцу сыдуцца і што трэба нарыхтаваць калаўротак і павесма ільну. Таксама важна было, каб прыгажэй адзягнуцца, так, як гэта было ў звычаі ў святыя вечары зімою.
Вестка аб тым, што жанчыны будуць ткаць ручнік, разышлася хутка па вёсцы. Асабліва чакалі гэтага вечара дзеці.
У пятніцу, перад вечарам — Міхаль, Аксенін муж, стаяў ля варот і глядзеў на вуліцу. Аксеня ўжо гарачылася, што яшчэ не ўсё прыгатоўлена, а вось глядзець, як бабы пачнуць ісці з калаўроткамі.
— Чаго гарачышся! То ж сама казала, што пачнецца прасці, як сонца зойдзе. А глянь, як яшчэ яно высока над лесам.
На гэту гутарку надышоў якраз Сіман.
— Ну, што, Міхаль, давай прынясем і наладзім сноўніцу ды кросны, няхай забаўляюцца жанчыны.
— Тут, браце, няма чаго смяяцца, бачыш, якая бяда, усё павысушвала, няхай што чыняць, яны лепей ведаюць.
Пакуль мужчыны вынеслі стол на кухню, паставілі лавы і табурэткі ды сталі наладжваць кросны, сноўніцу, то і жанчыны пачалі сходзіцца са сваімі калаўроткамі і з прывязанымі да прасніц павесмамі ільну. Тут збегліся і дзеці з усяго канца. Аксеня вынесла на двор лямпу, падрэзала кнот, наліла газы, працерла шкло кавалкам змятай газеты. Убачыўшы, што назыходзілася шмат жанчын і што адной завешанай лямпы не хопіць, каб усім было відна, яна паслала суседавага хлопца, каб прынёс сваю лямпу, што вісіць у кухні на сцяне. Знайшлася яшчэ адна здагадлівая суседка, ды прынесла сваю сценную лямпу, напоўненую газай.
Жанчыны расселіся, дзе было каторай зручней, — і тут жа забурчэлі калаўроткі. Аксеня, мо дзеля таго, што ўсё гэта адбываецца ў яе хаце, а магчыма таму, што яна была ініцыятарам гэтага абраду, прыняла на сябе ролю загадчыцы і кіравала ўсімі справамі. Звяртаючыся да жанчын, сказала:
— Прадзіце не надта тонка, каб аснова не рвалася, а ў каторай блажэйшы кужаль, няхай прадзе ва ўток. Напраўшы на паўшпулі, перавівайце на круцёлкі, няхай крышку перасохне пража.
— Я думала, што на клубкі будзем звіваць, — азвалася Олька, — то і юрка свайго прынесла, вельмі ж лёганька праз яго ідзе нітка.
— Навошта лішняя работа, снаваць будзем з круцёлак! Бачу, што і матавіла хтосьці непатрэбна прывалок, моткаў жа не будзем звіваць.
— Цётко, мы таксама хочам памагаць, — уключыліся дзяўчаткі.
— Пачакайце, будзеце сукаць цэўкі, закладаць у чаўнок, вось гэта будзе ваша работа.
— Бачыце, — заўважыла Таццяна, — малодшыя дзяўчаткі папрыбягалі, а старэйшых — паненак — няма!
— Можа яшчэ прыйдуць, — сказаў Сіман, — я бачыў, што нядаўна пранесліся вясёлаю гурбою па вуліцы.
— Ліхушу яны прыйдуць, — упэўніла маці дзвюх дарослых паненак, — дзесь на шпацыр пайшлі з хлопцамі. Такая настала мода, кожная свайго пад руку — і туды-сюды па шашы прахаджваюцца.
— Такая цяпер моладзь, яны не вераць ні ў што. Абыдземся без іх, — закончыла Аксеня.
Ужо некалькі маладзіц перавівала сваю пражу са шпуляў на круцёлкі. Зося з Аксеняй пачалі рыхтаваць сноўніцу.
— Які гэта будзе ручнік, — спытала Зося, — кароценькі, на адну сценку?
— Мусіць, такі будзе закароткі, кутасоў не будзе з чаго вязаць. Кабеткі, як думаеце, мо снаваць губіцу? Мая сноўніца невялікая, каб не быў ізноў закароткі?
— Аксенё, закладай палавіну губіцы, паспеем напрасці, вось ужо колькі на шпулях! Хутчэй асноўвайце, ды на кросны!..
Так і было, залажылі аснову на палавіну сноўніцы, а Зося з Аксеняй, перажагнаўшыся, пачалі снаваць. Калаўроткі бурчэлі далей навыперадкі.
Цёмна ўжо было ў вёсцы, толькі Аксеніна хата свяціла двума вокнамі на вуліцу і двума на падворак. Вокны ад двара былі шырока адчынены, а ў іх поўна дзіцячых галоў, зацікаўленых тым, што тут робяць.
Дзяўчаткі пачалі забаўляцца дзіцячай варажбою. Яны знайшлі дзесьці маленькую кузачку і ў некалькі галасоў пачалі пявуча прыгаварваць:
— Божа кароўка, пень ці калода, дождж ці пагода — як пагода, то сядзі, а як дождж — то ляці.
Але кузачка, відаць, была сонная і не варушылася на адкрытай далоні дзяўчынкі. Нехта з хлопцаў падбег і ўдарыў Кацю па руцэ, кузачка ўпала.
— Вось бачыш, будзе дождж! Паляцела!
Дзяўчаты накінуліся на яго з кулакамі.
— Вазьмі ж тут паваражы з гэтымі дурнямі! Я вам казала, што трэба іх прагнаць з двара, — хвалявалася Каця.
Аксеня з Зосяй канчалі ўжо снаваць ручнік. Пералічылі пасмы, знялі аснову са сноўніцы і Зося звярнулася да мужчын:
— Знімайце ды выносьце сноўніцу, падсуньце кросны бліжэй пад вісячую лямпу, каб відней было накідаць.
Странуўшы аснову, каб роўненька рассыпаліся ніткі, пачалі прыладжваць яе на кросны. Зося стала за навоем раўняць аснову, адна з маладзіц пакручвала валком — навівала, а Сіман прытрымоўваў канцы асновы.
Падыходзіла ўжо поўнач, калі на кросны павесілі ніты, берда і пачалі наладжваць тканне. Нехта з хлапцоў выстругаў маленькую ключку з выцягнутай з бярозавага веніка хлюбкі і падаў яе жанчыне, якая спасобілася накідаць у берда. Яна папрабавала, ці лёгка пераходзіць між трасцінкамі берда, і пахваліла юнака.
Хутка ўсё было гатова і ўжо бурчэў сукальнік, пакручваны насліненай далонню Мішы — трынаццацігадовага сына гаспадыні. Прывязалі панажы — і Аксеня села за кросны. Узяўшы чоўнік у рукі выцягнула нітку і з правай рукі ўлева перакінула яго праз зяву, наступіўшы босымі нагамі на панажы.
— Шкада, што не прыгатовілі каляровых нітак, выткалі б з беражком...
— Няхай будзе без беражка, каб толькі паспець да ўсходу сонца, — загарачылася Аксеня і спрытна прыбіла набільніцай першыя радкі ўтку. Ручнік пачаў расці на вачах. Ужо адкрунулі аснову, ужо тканнё апусцілася на ніжні валок, а за кросны сядалі чаргова ўсе гаспадыні.
Пачуліся галасы пеўняў. Аксеня ўстрывожылася: ці гэта першыя, ці другія?
— Навошта табе пеўні, ёсць жа гадзіннік, да світання яшчэ далёка, паспееце, — супакоіў яе Міхаль.
Калі ручнік быў ужо вытканы, а з канцоў асновы вывязаны кутасы, тады Аксеня стала на табурэт і сярод ікон, завешаных на покуце, выбрала ікону святога Міколы Цудатворца, якая мела ўдзельнічаць у далейшай цырымоніі.
На падворку сабралася некалькі мужчын, якіх не было відаць тут звечара, прыйшлі старэйшыя гаспадыні. Адна з жанчын узяла праз вытканы ручнік з Аксеніных рук ікону і вынесла на двор. Пачаўся фармавацца паход. Наперадзе жанчыны з іконаю, побач дзве маладзіцы падтрымоўвалі канцы ручніка, за імі старэйшыя гаспадыні, гаспадары, а на канцы, нібы птушыны статак, круціліся дзеці.
Спярша пайшлі ў жытні палетак, абыходзілі яго, спяваючы набожныя песні, а кожная жанчына старалася абавязкова абазначыць свой загон ніткамі з астаўшайся пражы.
Абыходзілі так участак за ўчасткам, а на ўсходзе ўжо паружавела неба.
Калі абышлі ўсе ўчасткі, абсеяныя жытам і ячменем, перасяклі дарогу, вядучую ў лес, выйшлі на бульбяны палетак. Тут трэба было спяшаць, бо ружовая лента на ўсходзе ўсё расшрыралася і вось-вось магло выкаціцца сонца. Амаль прабеглі ўчасткі ярыны і вярнуліся ў канец вёскі пад крыж. Тут Сіман узяў ручнік і, стаўшы на паясы памаляванага зялёным плоціка, якім быў агароджаны крыж, абвязаў як мог высока ручніком стары сасновы крыж, а жанчыны зацягнулі „Пад тваю міласць”. Сіман саскочыў з плота і падцягнуў ім сваім моцным, прыгожым голасам.
Аксеня ў сваёй ролі асталася да канца. Перажагналася і сказала:
— Ну, усё ўжо! Няхай святы Мікола ўступіцца за намі, няхай вымаліць дождж, — пацалавала ікону ды, нібы бацюшка, падала яе пацалаваць бліжэй стаяўшым і павярнула ў вёску.
— Добра, што паспелі, — загаманілі жанчыны, — зараз і сонца выйдзе, ужо птушкі расспяваліся на яго прывітанне.
Жанчыны хуценька пабеглі да сваіх двароў, бо ўжо ўздоўж вуліцы калыхаўся на доўгіх нагах пастух Лукаш і неўзабаве пачаў бразгаць кіем па плоце ды заспаным голасам пакрыкваць:
— Вы-га-няй!!!
Каровы пасвіліся цяпер на ранкі, пакуль авадні не выгналі іх з лесу. Нядоеныя красулі ды галяндэркі мычалі за варотамі, выходзілі памалу на вуліцу і збіраліся ў статак.
Маладзіцы, выгнаўшы кароў, спяшалі да хатаў, каб хаця крыху прыкласці галаву да падушкі, пакуль не пачнецца працавіты доўгі дзень.
Апошнім вяртаўся дадому Сіман. Няспешна, паглядваючы на двары, ішоў ён па вуліцы, падсвістваючы ўжо нейкую вясёлую мелодыю. Прыпыніўся ля свайго двара і глянуў на ўсход, дзе ўжо некалькімі цудоўнымі колерамі ірдзела неба. Ён хацеў з кімсьці падзяліцца адчуваннем гэтага вялікага хараства, якім аб’яўляецца ўсход сонца.
Калі зраўняўся з ім Лукаш, Сіман звярнуўся да яго з радасным тварам:
— Глянь, Лукаш, якая прыгажосць, нельга надзівіцца...
— Глядзі, глядзі, бо я гэта кожны дзень бачу, а ты, можа быць, і не бачыў яшчэ — спіш да палудня! — буркнуў Лукаш і паплёўся далей за сваім статкам.
Тут жа, нібы маргаючы, пачаў выкачвацца вялізны круг сонца. Глядзець на яго было нельга і Сіман заплюшчыў вочы ні то ад хвалявання, ні то ад яркага святла, якім праменіў усход. А шырокія, ружова-фіялетавыя і блакітныя паясы, з якіх выблукалася сонца, бляднелі і расплываліся па небе.
То там, то сям паскрыпвалі ўжо дзверы ў хатах ды ковараты ля калодзежаў — пачынаўся чарговы, спякотны дзень сухога лета.
Падстаўляючы ступні пад казытлівы прыліў цёплай марской хвалі, сядзела яна на бургаскім пляжы і глядзела, як яе падрастаючы сын калышацца на хвалях Чорнага мора. Яшчэ толькі два дні і трэба вяртацца. Задумалася над сваім жыццём.
Многа ўсяго здарылася ў яе жыцці, і яна болей ужо нічога ад яго не чакала. Старэла непрыкметна, з нейкай пакорлівасцю, хаця сэрца час ад часу бунтавалася.
Сонца скочвалася ў мора, і загараючыя пачалі сходзіць з пляжа. Перад яе вачыма пераплывалі хвалямі маладыя, прыгожыя жанчыны, загарэлыя на шакаладны колер. Многа менш было мужчын, на якіх хацелася б азірнуцца.
— Усё ж нас, жанчын, больш, відна гэта нават тут, — падумала.
Хацела ўжо клікаць сына, калі хтосьці пахіліўся над ёю. Не падымаючы галавы, убачыла побач мужчынскія ступні. Глянула ўверх: стаяў, прыгнуўшыся, нейкі незнаёмец у шортах. Паказаў на яе ручны гадзіннік і спытаў па-балгарску:
— Колькі часу?
Адказала на рускай мове.
— О, вы не балгарка?
Ён прадставіўся:
— Жэлеў, Йордан, — дадаў пасля нейкага перапынку, і выразна чакаў яе адказу.
Яна, здзіўленая, усё маўчала. Ён чакаў, глядзеў ёй у вочы.
— Вы адна?
— Не, я з... сынам. Ён там, плавае, — і кіўнула галавой у напрамку мора.
— Вы прыехалі адпачываць, а магчыма і вывезці адсюль нейкія ўражанні.
— Вы памыліліся, я не прыехала шукаць ніякіх асаблівых уражанняў.
— Выбачайце, вы мяне не зразумелі. Але, сапраўды, я не ўзяў гадзінніка.
„Хітры!” — падумала Лідзія.
— Мама! — раздалося з мора. — Я зраблю яшчэ адзін круг!
— Адзін, толькі адзін і вяртайся на бераг!
Голас, якім яна пераклікалася з сынам стаўся ёй непрыемны, штучны. Сядзела яна ўсё ў той жа позе, з выцягнутымі перад сабой нагамі, падпіраючыся рукамі ззаду. Заўважыла, што ён агледзеў яе і яго зрок затрымаўся на нагах. „Няхай, — падумала, — гэта быў заўсёды немалы мой козыр. Ногі старэюць апошнімі. Добра, што ўжо амаль вечар, ён напэўна намнога маладзейшы за мяне”.
Йордан прысеў на пясок.
— У мяне сёння свабодны вечар, ці не хацелі б вы правесці яго са мною? Я вас запрашаю з сынам.
— Я сёння не магу, сёння ў нас заняты вечар. (Пачала інтэнсіўна думаць, што тут салгаць, калі пачне пытаць, чым яны заняты).
— Я вас запрашаю на балгарскае віно, — сказаў Йордан.
Лідзія глянула на яго быстра:
— А сын?
— У мяне ёсць цікавая калекцыя мадэляў самалётаў, напэўна зацікавіць яго.
Лідзія дакарала сябе за тое, што якраз сёння надзела ненайлепшы пляжны касцюм, што сукенка, якую ўзяла на пляж магла быць прыгажэйшая, што не падмалявалася. І хаця думкі яе цяпер былі далёкія ад сына, яна слабым голасам клікнула:
— Міраслаў, выходзь на бераг!
— Яшчэ адзін раз нырну! — крыкнуў той і схаваўся ў набягаючай хвалі.
— Паплывем да яго, — запрапанаваў Йордан.
— Не-не, — запярэчыла Лідзія. І не ўпершыню стала ёй прыкра, што не навучылася плаваць. Цяпер, аднак, адчувала гэта дакучліва. Так захацелася ёй кінуцца на хвалі і паплыць. Няхай бы ён плыў за ёю!
Яна ўсё патанала ў роздумах, а Йордан насядаў: а то дзе жыве, а ці працуе і ў якой установе, а чаму не прыехала з мужам?
Адказвала, нібы вучаніца, кароткімі сказамі і неяк няскладна. Абцерла далоні з пяску і пачала падымацца. Ён схапіўся, падаў ёй руку. Сталі насупраць сябе.
— Бачыце, — казаў Йордан, — я пабудаваў дом, ды ён у мяне яшчэ не мэбляваны, не ўпрыгожаны. Я хацеў бы, каб вы глянулі на мой сталовы пакой і параілі мне, якія там павесіць шторы — вішнёвыя ці залацістыя? Абавязкова хацеў бы велюравыя, ну, у канцы канцоў, плюшавыя. А гэта ў вас можна купіць. („Вось, у чым справа!” — падумала).
— А ці няма каму вам параіць без мяне?
— Няма!
Стаялі блізка сябе, маўчалі. Йордан здагадаўся, што яна не верыць яму.
— Бачыце, — азваўся, — я быў жанаты, ды ўжо шэсць гадоў удаўцом.
Ёй стала неяк няёмка, што кранула балючую для яго справу, і з пачуццём вінаватасці глянула яму цёпла ў вочы.
На бераг выскачыў Міраслаў, змераў іх зрокам і з нямым пытаннем глянуў на маці.
— Гэта наш новы знаёмы.
Міраслаў прывітаўся.
— Я вас прашу сёння да мяне ў госці, — сказаў Йордан. — Агледзелі б мой новы дом і даволі цікавую калекцыю мадэляў самалётаў. Але мама кажа, што ў вас заняты вечар...
— Не. Не заняты! Пойдзем, мама, праўда?
— Не, — перабіла Лідзія. — Ні ў якім выпадку. Сёння не можам.
— Тады заўтра, але не ўвечары, а пасля абеду, — запрапанаваў Йордан. — Будзьце абавязкова на гэтым месцы. Я прыйду да трэцяй. А калі б я не знайшоў вас, то вось мая візітная картачка.
З малога партфеля выняў ён прыгожа надрукаваную картачку і падаў яе Міраславу са словамі:
— Ты прывядзеш маму, Міраслаў, ты хутка знойдзеш гэты адрас.
Лідзіі гэта не спадабалася. Падумала: „Чаму ён цягне сына ў гэтую сваю гульню?”
— Так-так, — весела пацвердзіў Міраслаў. — У мяне дома ёсць план Бургаса.
Відаць было, што яму падабаўся новы знаёмы.
Лідзія сабрала ў кошык дробязі, накінула на сябе сукенку, працягнула руку Йордану і з нейкай какетлівай усмешкай сказала:
— Да заўтра.
Ён прытрымаў яе шчуплую руку ў сваіх цёплых, мяккіх далонях і хвіліну глядзеў ёй у вочы.
— Шкада, што аж да заўтра, — сказаў ціха.
Ноччу Лідзіі спалася дрэнна. Раніцай пачала раскідаць рэчы складзеныя ўжо да выезду.
— Чаму ты зноў усё распакоўваеш? Сама ж казала, што трэба раней спакавацца, — здзівіўся сын. — То ж заўтра ўжо едзем.
— Бо не так спакавала, — адказала маці і выцягнула элегантны касцюм і каляровую сукенку, якая ёй асабліва падыходзіла.
Міраслаў, працягваючыся на пасцелі, прыпомніў, што сёння пойдуць да „таго пана” і ён напэўна дастане ад яго ў падарунку мадэль самалёта, якога не будзе ні ў каго ў школе.
Перад абедам хадзілі па горадзе. Выдаткоўвалі апошнія левы — куплялі сувеніры. На абед у рэстаран з’явіліся раней за ўсіх. Пасля абеду не болей паўгадзіны правялі дома. Лідзія падмалявала губы і шчокі, узяла саламяны капялюш і пайшлі на пляж. Займаючы месца на пляжы, яна не ведала добра, ці гэта якраз тое самае, дзе былі ўчора, але неяк саромелася спытаць сына. Ён тут жа заняўся гульнёй у мяч з равеснікамі і, відаць, забыўся ўжо пра ўсё іншае.
Памачыўшыся крыху ў вадзе, Лідзія села на ручніку і пачала думаць: „Хачу сапраўды сустрэцца з гэтым балгарынам, ці не?” Сама не ведала. Ніколі не патрапіла ў такіх справах быць рашучай. Старалася прыпомніць ягоны твар. Не надта яго запамятала. Здавалася ёй, што ўсе балгары неяк падобныя. Але ўлавіла аксамітны водбліск яго вачэй, які хваляваў яе дагэтуль. „Нічога, — думала, — ён павінен запамятаць мяне добра, ён на мяне ўглядаўся дакладна”.
Ад другой гадзіны пачала нервавацца: „Прыйдзе ці не прыйдзе?” А калі не, то ці яна адважыцца скарыстаць яго запрашэнне? „Не, напэўна не хопіць мне адвагі пайсці па гэтаму адрасу. Як жа так — пайсці! Не, калісьці жанчыны не хадзілі да мужчын”. Яна была колішняй. То зноў думала: „Ён жа прасіў не толькі мяне, прасіў нас двое, значыць, нічога дрэннага ў гэтым быць не можа”.
У такім роздуме і хваляванні наблізілася і трэцяя гадзіна. Лідзія энергічна паднялася на ногі і, асцярожна азіраючыся навокал, прайшлася паўз бераг. Міраслаў гуляў з хлопцамі ў мяч, то зноў убягаў у мора і, набраўшы вады ў жмені, пырскаў на нейкіх дзяўчат, ажно яны з піскам выбягалі на бераг.
„Яму добра, — падумала. — Ён ужо і забыўся, што хацеў пабачыць калекцыю самалётаў”.
Яна рашыла, што трэба вяртацца дадому.
„Не прыйшоў, не меў калі, ці не хацеў?”
Увайшла ў ваду і паволі заглыблялася ў хвалі. Хутка выйшла на бераг. Уздзела вялікі саламяны капялюш і села на каляровы валахаты ручнік.
На пляжы было густа ад загараючых. Сонца пачало схіляцца на захад, апускаючы доўгія, касыя промні на гарбатыя хвалі мора. Супакойвалася. Нават здалося ёй, адчувала сябе задаволенай, што ён не прыйшоў. Раптам сярод гэтай агульнай млявасці пачулася нейкае ажыўленне. Закрычалі дзеці, некаторыя дарослыя пачалі падымацца. Прыбег і Міраслаў. Здалёк крычаў:
— Мама! Мама! Гэта нашыя!
— Якія нашыя? — спытала, не ведаючы, пра каго ён.
— Нашыя буслы! Глядзі!
Паднялася. Ахіліўшы вочы далонню, глядзела ў неба. Праўда, такое можна бачыць не больш, як раз у жыцці! Жыла ў краіне, дзе буслы будавалі гнёзды не толькі на сялянскіх будынках і дрэвах, але дзе-нідзе і на тэлефонных стаўбах. Давялося ўжо ёй не раз бачыць буславыя „канферэнцыі” перад адлётам у вырай. Але ніколі яшчэ не бачыла іх вось так, у поўным „маршы” і ў такой колькасці.
Перадам, за некалькімі праваднікамі „ішла” меншая чарада. Пасля невялікі перапынак, і — галоўная, ад якой даходзіў да вушэй шум крылля. На канцы, нібы ахова — зноў меншая. Ляцелі — дастойна, арганізаваным парадкам у напрамку турэцкай граніцы.
Людзі стаялі з адкінутымі назад галовамі і глядзелі.
— Мама, яны нашыя, праўда?
— Не адно нашыя. Магчыма, што і з іншых паўночных краін. Дзе ж у нас столькі набраць?
— Не, яны напэўна толькі нашыя. З чужымі не дружаць!
— Чаму ж не, вось і ты падружыў. У цябе сябры тут знайшліся.
Тады Міраслаў раптоўна прыпомніў, што трэба ісці да „таго пана”, які ўчора запрашаў.
— Мама, я ведаю, дзе гэта.
— Нікуды не пойдзем.
— Чаму?
— Той пан меўся прыйсці сюды. Не прыйшоў, відаць, не было часу, або... (хацела сказаць: „не хацеў”) не знайшоў нас.
— Мама, гэта ты ўсё сапсавала!
— Чаму я? Што ты гаворыш!
— Бо ты апранула зусім іншы касцюм. Ды яшчэ гэты капялюш, зпад якога цябе не відаць! Як жа ён мог цябе пазнаць?!
Лідзія глянула на свой зялёны касцюм, які сцісла прылягаў да яе фігуры, і падумала: „Мо і праўда! У гэтым зусім інакш выглядаю”. Але нічога ўжо не магла змяніць.
— Даволі гэтай размовы! — сказала рэзка. — Збірайся! Пойдзем пакавацца. Пара дадому! Табе ў школу, а мне на работу.
— Мама, але мы яшчэ прыедзем сюды?
— Ты ўжо вялікі — сам будзеш ездзіць.
Вярнуліся на кватэру, пачалі збірацца ў дарогу. Лідзія сказала сыну:
— Дай мне гэтую візітную картачку. Мо напішам Йордану.
І схавала яе ў свой партфель. Падумала: „Гэта будзе ўспамін аб тым, чаго не было і можа па маёй віне”.
З тае пары прайшло ўжо шмат гадоў. Але для мяне кожную вясну вяртаецца ўспамін майскага ліўня і салаўінага канцэрта, які давялося мне перажыць дзеля таго, што мая сяброўка Ніна закахалася ў цыгана.
Мы з ёю працавалі ў адной установе, наймалі супольны пакой. Хаця ўцягвала нас новае жыццё, і жылі мы інтэнсіўна — удзень працавалі, увечары вучыліся, аднак і роднае нас цягнула: часта ездзілі мы дадому, да бацькоў. Яна сыходзіла з цягніка ў Ляўках і заглыблялася дзесьці ў сваю Бельшчыну, а я ехала далей, у Белавежскую пушчу.
Аднойчы, у майскую нядзелю, мы дамовіліся вяртацца тым самым цягніком. Я ў Ляўках выглядала яе, каб паклікаць у свой вагон, але Ніны не было на пероне. Мне падумалася: „Напэўна бацька завёз яе, бы тую паню, шыкоўным возам, запрэжаным у маладога, быстрага каня аж у Бельск. Ну, хацела задаць шыку, — яна такое любіць”. У Бельску, аднак, Ніны таксама не было. „Значыць, спазнілася і будзе вяртацца апошнім”, — падумала я.
Ніна вярнулася ноччу, усхваляваная.
— Зноў закахалася, — кажу. — Нічога новага, пяройдзе да наступнай нядзелі!
— Ой, нэ пэруойдэ! — адказала яна на сваёй бельскай гаворцы.
— Кладзіся хутчэй спаць, пакуль гаспадыня не прачнулася, — параіла я сяброўцы.
Але Ніне хацелася расказаць, што з ёю здарылася.
Бацька правёў яе да паловы адрогі, а далей яна пайшла адна. Ужо недалёка Ляўкоў наткнулася на невялікі цыганскі табар. Спярша спалохалася, але перамагла страх і далей ішла азіраючыся навокал. Павярнула на ледзь прыкметную сцежку да чыгуначнага паўстанка, але тут, на самусенькай сцежцы, стаяў малады цыган з гармонікам, перакінутым цераз плячо.
— Ах, як ён іграў!
І Ніна доўга яшчэ ў захапленні расказвала пра свайго цыгана. Прызналася, што дамовілася з ім на наступную нядзелю.
Ніне адной не выпадала ехаць. Дома скажуць: „Толькі ад’ехала і зноў прыпёрлася!” Разам са мной будзе зручней.
— Ведаеш, — пераконвала яна мяне, — мае бацькі цябе любяць. Скажу, што гэта ты хацела прыехаць да нас.
Ледзь дачакаўшыся суботы, паімчаліся мы ў Бельск. Ужо ў дарозе нам не шанцавала. Паміж Страбляй і Бельскам сапсаваўся паравоз.
Ніна нервавалася. Я супакойвала яе:
— Назаўтра заедзем, а сёння яшчэ толькі субота. Ужо недалёка, — жартавала я.
Калі нас неяк зацягнулі ў Бельск, было ўжо даволі позна. Ноч была парная, хвалямі праходзіў дождж. Нарэшце селі мы ў цягнік і паехалі ў Ляўкі. „Куды ж яна мяне цягне ў такую непагадзь?” — пачала я крыху злаваць.
У Ляўках мы павылазілі на мокрую абочыну і рашылі ісці басанож, бо з нашага абутку нічога не засталося б — трава мокрая, сцежкі не відаць.
— Не вядзі мяне толькі каля тых сваіх цыганоў, — кажу. — А то яшчэ цыганскія сабакі за лыткі пакусаюць.
— Не, не павяду. Пойдзем напрасткі — будзе бліжэй, — супакоіла мяне Ніна.
Ідучы, мы стараліся не кранаць кустоў, на лісцях якіх затрымалася шмат дажджавой вады. Ледзь кранеш, і з іх пырскала фантанам. З-пад ног часта выскоквалі жабы, і мы ад страху ўскрыквалі. Цвыркалі цвыркуны, азываліся сумнымі галасамі птушкі. Раптам усё гэта заглушыў нейкі нарастаючы шум. Ветру не было, а дзесьці за намі шумела.
Мы хутка здагадаліся, што гэта даганяе нас дождж. Бездапаможна азіраліся, куды б схавацца. Але дарма! Майскі лівень пачаў бязлітасна нас паласкаць. Павязалі мы хусткі на галовы, паднялі каўняры, але нічога не памагала. Прытуліўшыся да сябе плячыма, стаялі мы і чакалі нейкага канца. На шчасце, хмара, з якой на нас лілося, хутка паімчалася далей, пакінуўшы нас прамоклых да ніткі.
Мы рушылі далей. Пад мокрай вопраткай грэліся, як пад кампрэсам. Нават пачалі жартаваць. Вочы прызвычаіліся да цемры, і мы ўжо даволі добра бачылі. А мо да світання было недалёка?
— Ужо да дому блізка, — сказала Ніна. — Вось ужо Лужок.
Раптам мы заўважылі нейкую постаць. Хтосьці ў белым блукаўся перад намі, нібы шукаючы дарогі. Агарнуў нас жах. Мы сталі як укапаныя. Постаць пачала адыходзіць кудысьці, і мы пачулі нібы хрыплае, прыцішанае іржанне каня, і кліч гаспадара:
— Кось, кось, кось...
Ніна ўзрадавалася:
— Гэта ж мой тата! Выйшаў каня наглянуць...
Страх адкаціўся ад нас, стала весела.
— Як жа нам з ім сустрэцца, каб не напалохаць яго? — шапнула Ніна.
І мы бадзёра пачалі ісці ўперад.
— Хто гэта? — пачулася збоку.
— Гэта мы, тату!
Дзядзька Іван наблізіўся да нас.
— Маці прачыстая! А што вы тут робіце ноччу?!
Ніна пачала расказваць бацьку, што сапсаваўся паравоз, што не было чым ехаць з Бельска ды яшчэ штосьці пляла, апраўдваючы наш прыезд. Але я ўжо не слухала нічога, бо навокал нас пачалі азывацца птушыныя галасы. Праз хвіліну Лужок, парослы крушынаю, чорным бэзам, чаромхай, лазняком і чым яшчэ толькі, загаварыў шматлікімі галасамі птушак. Імгла быццам паружавела, хаця ноч не ўступала.
— Дзядзьку Іване, — запытала я, — якія гэта птушкі: і свішчуць, і чырыкаюць, і шчоўкаюць? Здагадваюся, што тыя доўгія пералівістыя трэлі — гэта будуць салаўі. Але іншыя таксама цудоўныя галасы — кожны інакшы, а ўсе разам, нібы зладжаны аркестр?
— Можа і ёсць нейкія іншыя, але найбольш тут салавейкаў. А кожны салавейка крыху інакш спявае, бо кожны толькі сваёй жоначцы, каб яна яго чула і разумела. Вы ўсё ж не прыслухоўвайцеся да салаўёў. Бяжыце хутчэй дадому, каб не адхварэць гэтага прыезду. Ды не раю болей ездзіць ноччу. Добра, што солтыс паспеў навесці парадак, а то страху наеліся б удосталь.
— А што такое было? — спыталася Ніна.
— А вось што: былі тут пасяліліся цыганы. Вестка аб гэтым разышлася па наваколлі, і гаспадары баяліся коней выпускаць...
— І што сталася? — трывожна настойвала Ніна.
— Пакуль нічога, але людзі патрабавалі, каб цыганы адсюль выехалі. Солтыс пайшоў, пагаварыў з іхнім старшынёй і яны паехалі.
Ніна ўсхваляваным голасам пачала бараніць цыганоў.
— Ну і людзі! І цыганы ім перашкаджаюць! Можа гэта ўжо апошнія, якія вандруюць. Яны хутка будуь жыць у гарадах, працаваць на фабрыках, у спулдзельнях. Няхай бы тут пабылі!
— У горадзе жыць? — перапытаў яе бацька. — А дзе ж яны коней будуць трымаць?
— Ім коні стануць непатрэбныя!
— Эй, што ты пляцеш, дзяўчо! Ці хто калі бачыў цыгана без каня? І то яшчэ такога, што недзе працуе?
Гэтак гутарачы, дайшлі мы да хаты. Ніна да болю сціснула мне руку і цяжка ўздыхнула.
— Не будзіце адно мамы, — сказала бацьку, — мы давядзем сябе да парадку і ляжам.
Але маці пачула, устала, убачыла, што мы дашчэнту прамоклі, і, божкаючы, выцягнула прымус, прынесла банку з малаком, пачала нам яго парыць.
Астаўшыся ў кухні адны, мы моўчкі пілі гарачае малако. Я падышла да акна і адчыніла адну створку. Углядалася на маленькі садочак, на мокрыя, перацвіўшыя кусты бэзу. Маўчала. Думала пра Нініну няўдачу. Яна нібы адгадала мае думкі і запытала:
— Ці ты не злуеш, што я цябе без патрэбы выцягнула ў такую мокрую ноч? Ты гэтага ліўня ніколі не забудзеш...
— Не, не забуду, — адаказала я. — Ані гэтай мокрай ночы, ані таго салаўінага канцэрта.
І нібы ўзнагарода за няўдачу, раптам пачуўся зноў залівісты спеў салаўя.
— Слухай, гэта для нас.
— Не хачу слухаць, — уздыхнула Ніна. — У мяне іншае ў сэрцы. Не думала я, што ў нас людзі такія варавітыя. Нічога не разумеюць. Усё сапсавалі...
На перонах у Бельску тоўпіўся народ. Паветра было густое ад узнятага пылу, шматлікіх галасоў і таго асаблівага паху пераспелых фруктаў і падвялай ужо зелені, якая бывае толькі пад канец лета.
Амаль адначасова на станцыю падыходзяць тры цягнікі, што ідуць у розных напрамках. Стаялі ўжо два і вось між іх усунуўся трэці — з Беластока ў Чаромху. Натоўп закалыхаўся, людзі пачалі бегаць уздоўж вагонаў, шукаць месца. Перасядалі, пыталі, куды гэты, а куды той цягнік. Хто па-польску, хто па-беларуску...
Да гайнаўскага цягніка наблізілася грамада дзяўчат і юнакоў. Пачалі ўскакваць у вагон. Паадчынялі ўсе вокны, пераклікаліся з кімсьці на пероне. Шумелі, нібы рой пчол, тоўпіліся без выразнай патрэбы, вось так сабе, ад радасці, прычынай якой была іхняя маладосць і бестурботнасць.
Прапусціўшы перад сабою пару старэйшых ужо людзей з кошыкам груш, увайшла я ў вагон.
Пасажыры з грушамі селі тут жа ля дзвярэй, а я стаяла і разглядалася, дзе тут прысесці. Ля вакна сядзеў малады хлапец. Побач, склаўшы рукі на жываце, накрыўшыся шапкаю на вочы, хроп нейкі мужчына. Я села насупраць людзей з кошыкам. Ад іх праменілі нейкая радасць, добразычлівасць і святочны настрой. Пашанцавала ім у жыцці — гэта было выпісана на іх тварах. Жанчына агледзела мяне крадком і спыталася:
— Вы тутэйшая?
— Тутэйшая.
— Вяртаецеся ад сваякоў? — дапытвалася.
— Не, еду да сваіх, я сама жыву ўжо даўно ў горадзе.
Жанчына памаўчала, а пасля паківала галавой і сказала:
— Так-так, цяпер часта так бывае, што здалёк людзі едуць да сваіх, цягне да свайго. Чамусьці людзі распаўзліся па ўсёй краіне, дзе Варшава, дзе Гданьск, дзе Вроцлаў, а там столькі людзей нашых. А ўсе такія непаседы сталі, усе кудысьці едуць. Хто з патрэбы, а хто і без ніякай патрэбы.
— А вы з патрэбай, ці без патрэбы? — спытала я, жартуючы.
— З патрэбай, вяртаемся ад сваякоў, былі на Спаса, — азваўся мужчына, а жанчына падхапіла:
— Яны, нашы сваякі, прыедуць да нас на Прачысту.
Мужчына, падпіраючыся рукамі, загойдаўся неяк па-хлапцоўску і сказаў:
— А чаму ж не ездзіць? Людзям жывецца добра, у кожнага ёсць грошы, ды яшчэ і білеты танныя, вось хаця б нам — каляярскія.
— Вы, значыць, калеяж?
Ён засмяяўся весела і сказаў:
— Я ўжо на пенсіі. А калеяжам быў з малалецтва. За мною і мянушка такая — „калеяж”.
— Ты зноў пачынаеш сваю казку? — перабіла жонка. — Яна мне ўжо надакучыла!
— Соня, я ж не табе буду расказваць гэтую, як ты кажаш, казку, — усміхнуўся ён ветліва жонцы і паклаў ёй на калені вялізную, бы рыдлёўка, руку.
— А чаму ў вас такая мянушка?
— Ой, гэта яшчэ перад вайною было, — пачаў мой субяседнік. — Жылі цяжка, асабліва сялянская моладзь. Марыў я тады стаць чыгуначным рабочым. Думка гэтая не пакідала мяне ні ўдзень, ні ўначы. Аднойчы нас, сялянскіх хлопцаў, павялі грузіць вагоны. Працавалі мы шчыра і каб начальнік пахваліў, мо зноў трапіцца якая праца. Ого, гэта не абы-што! Заробак! У поўдзень паслалі мяне сябры па ваду. Падышоў я пад помпу. Бачу, стаіць там нейкая пасудзіна з вадою, а побач ляжыць каляярская шапка! Сэрца закалацілася і сам не ведаю, чаму я так зрабіў... Ну, што ж, малады, дурны, нявопытны, а тут яшчэ тыя думкі. Я азірнуўся, схапіў тую шапку і пабег пад вакзальны будынак, каб пераглянуцца ў шыбе. Люстэрка не меў, а надта ж хацелася ўбачыць сябе ў такой шапцы. Зусім не хацеў яе ўкрасці, барані Божа! Ледзь я паспеў тую шапку насунуць на вушы, а тут зпад помпы крычыць нехта: „Злодзей, чапкэ украд, стуй, давай чапкэ!” Ногі задрыжэлі ад страху, я хутчэй зняў тую шапку, стаю, бы ўкопаны, і трымаю яе перад сабою. Калеяж падышоў, рвануў мне з рук няшчасную шапку і, глянуўшы з пагардай, крыкнуў: „Гувняж, холера! Чапкі колеярскей се захцяло! Чэму взёл!” Я пачаў прасіць прабачэння: хацеў, маўляў, толькі памераць. Мармычучы нешта злосна, той увайшоў у кантору. Ад тае пары пачалі мяне называць „калеяж”. Я і не злаваў надта.
Вось так у жыцці бывае... Ніколі не ведаеш, куды паверне твая жыццёвая сцежка. Здзейсніліся мае хлапечыя мары. Ад сорак пятага я калеяж! Ну, але каб не тыя перамены ў нашай краіне, то мары мае скончыліся б на той прыгодзе з шапкаю.
А што ж гэта была за радасць, калі атрымаў першы мундзір!..
— Ой, смешны ж ты тады быў, Міхалку, — сказала жонка. — Ведаеце, і я таго не забуду. Прыйшоў да паненкі, гэта значы


Колькі гадоў таму назад